- Tak.

z Susanną; nie ufała własnej pamięci. Z jednej strony czuła się
informacje, na których tak zależało Milli. Miała i mogła ich udzielić.
Dzisiejszej nocy będzie miała okazję się o tym przekonać.
rozumie.
Diaz nie ścigał ludzi po to, by z nimi pogawędzić. Ci, do których
- Proszę, pij.
Miała pełne ręce roboty Niestety, Poszukiwacze wciąż mieli co

- Masz przecież rodzinę.
zmieniało to faktu, że nie była w stanie się obronić; chyba tylko nie
Millę do siebie. Nie widziała się z tatą i mamą od wiosny, kiedy to
się od brata i siostry
Pewnie gospodyni nie spodobałoby się to, że macał jej pościel i
maluch to William Gage. Będziemy mówić na niego Liam, ale na

zdoła wyjechać na nim za bramę.

- Wiem. Dotknął kciukiem jej kości policzkowej. - Nie możesz wiązać nadziei i marzeń z kawałkiem metalu. - Wiem. Jego dłoń powoli zsunęła się do zagłębienia szyi. Przyglądał się jej badawczo. Była pewna, że ją pocałuje. Czuła bicie serca w szyi. Wzrok Chase’a spoczął na jej ustach. Jej serce zaczęło łomotać w oczekiwaniu. Dawno nie patrzył na nią z takim pragnieniem. Tak dawno... Zaschło jej w gardle. Zwróciła ku niemu twarz. - Możemy się postarać. - Dlaczego tego chcesz? - Bo... cię kocham. Spojrzał na nią chłodno. - Nie kręć, Cassidy. Nie wierzę... Nie mogę uwierzyć... Cholera! Dłużej tego nie wytrzymam! - Gwałtownie wyrwał jej z rąk drinka i pociągnął duży łyk, a potem ze złością wstawił szklankę do porcelanowego zlewu, za który zapłacił tysiące dolarów. Na powierzchni zrobiła się rysa, ale najwyraźniej nie przejął się tym bo nawet nie drgnęła mu powieka. - Rysy zejdą. - Odsunął się od niej, jakby zapomniał, co przed chwilą było między nimi. Cassidy nie mogła tak tego zostawić. Wyciągnęła do niego rękę. - Chase... - Nie, Cass... - ostrzegł, ale w jego głosie nie było złości, a jedynie ból. Zagryzła wargę. - Jak długo masz zamiar mnie odtrącać? Postawił kulę przed sobą i pokuśtykał do drzwi. - Daj spokój, Cassidy. Dla dobra nas obojga. Na razie lepiej będzie, jeżeli oboje damy sobie spokój. Derrick otworzył szklane drzwi prowadzące na piętro Korporacji Buchananów. To było to. Jego imperium. Dorastał w przeświadczeniu, że stanie się dziedzicem. Powtarzano mu, że któregoś dnia to wszystko będzie jego. Nie miało znaczenia, że Rex Buchanan miał dwie córki. To jego syn miał zostać następcą cara. Gdyby Chase McKenzie nie wszedł mu w paradę. W dodatku stary Buchanan szanował tego mieszańca z prawniczym dyplomem. Derrick nigdy nie przypuszczał, że będzie miał do czynienia ze szwagrem, którego zżera ambicja. Może i miał szczęście. Ma tylko jednego szwagra wspinającego się po drabinie społecznej. Gdyby żyła Angie, może musiałby użerać się z jeszcze jednym. Angie. Kiedy o niej myślał, w głębi duszy czuł ból. Dzięki Bogu, z biegiem lat myślał o niej coraz rzadziej. Niedobrze żyć przeszłością. Lepiej skupić się na teraźniejszości i swoim dziedzictwie - Korporacji Buchanana. To biuro było wyjątkowe. Mimo że nie było tak wysokie jak drapacz chmur, dobrze spełniało swoją rolę. Budynek wybudowany pod koniec lat sześćdziesiątych z betonu i stali z zewnątrz był niepozorny. Wyglądał jak zwykły czteropiętrowy blok ze szklanymi ścianami, które odbijały późnopopołudniowe letnie słońce. Jednak w środku był imponujący. Wokół marmurowych stołów stały skórzane meble. W doniczkach rosły drzewa, zasilane słońcem, które dostawało się przez świetliki w suficie. Wnętrza zdobiły mosiężne rzeźby i lśniące kamienne posadzki. Nie przejmując się znakami zakazu palenia, Derrick zapalił papierosa i wsiadł do windy. Wjechał na czwarte piętro, gdzie znajdowały się biura zarządu. W jednym końcu mieścił się kompleks biur ojca, a w drugim gabinety Derricka. Derrickowi przydzielono te pomieszczenia, gdy został wiceprezesem. Jego gabinety były lustrzanym odbiciem biur Reksa Buchanana. Miał do dyspozycji identyczną poczekalnię, biuro, łazienkę, przebieralnię i sypialnię. Pomiędzy dwoma kompleksami biurowymi z jednej strony windy mieściła się sala konferencyjna, a z drugiej gabinet Chase’a. Chase był jedynym pracownikiem, który miał biuro na piętrze zarządu, i to bardzo Derricka denerwowało. Nieustanna obecność Chase’a była dla niego niczym wrzód na dupie. Niedobrze, że nie załatwił go pożar. Derrick zgasił papierosa w popielniczce i mijał już pokój Chase’a, gdy usłyszał swoje imię. - Derrick. - Przez ostatnie tygodnie znienawidził ten szorstki głos. - Miałem nadzieję, że się dzisiaj zjawisz. W głosie Chase’a pobrzmiewała ta sama kpina, co dawniej. Derrick nie zwracał na to uwagi, ale nienawidził wszystkiego, co miało związek z McKenziemi. Bękarty. A ten Buddy czy Willie, czy jak mu tam, nie jest wcale od nich lepszy. Ale się okazało, że są ze sobą spokrewnieni. Przewracało mu się w żołądku, gdy sobie przypominał, że ten półgłówek należy do rodziny. Przeklinając po cichu swojego szwagra sukinsyna, wszedł do biura Chase’a. Na wielkim biurku leżały poukładane stosy dokumentów. Na jednej ścianie wisiały oprawione dyplomy prawnicze, przy drugiej stał regał sięgający do sufitu, pełen oprawionych w skórę tomów. W otwartym oknie z widokiem na ulicę stały kwiaty w doniczkach, wyciągając liście do słońca. Róg biurka zajmował kolorowy portret Cassidy. Nie była to fotografia, jaką na zeszłe Boże Narodzenie podarowała mu Felicity, przedstawiała Cassidy siedzącą na koniu.
Syknęła z irytacją, po czym pobiegła na górę po świstek papieru,
an43

stronę zakrętu.

- Chcesz przez to powiedzieć, że nie chciałyby cię, gdyby znały cię lepiej?
- Nie! Nie! - wychrypiała w końcu. - Nie... powiem... nikomu!
- Nie ma innego sposobu? - zapytał Carlise z troską w głosie.

przeszłości nie zmieniła jej w nadopiekuńcza, ogarniętą niezdrową

usiłowała się im wyrwać.
dowiedzieli, że spałem z nią, nim się zaręczyliśmy. Byłoby mi nie na rękę, gdybym musiał
- Umiesz gotować? - zdumiał się. Wsparty łokciem o stolik, patrzył na nią z dziwnym